fotovideo

Partnerzy

podkarpacie

ustrzyki

zarszyn

 ebukowsko-jpg

izagorz-jpg

etyrawa-jpg

ekomancza-jpg

lesko

zarszyn

brzozow

wbieszczadach.net

wsanok

Zostań fotoreporterem

Zostań fotoreporterem ebesko.pl
Byłeś świadkiem zdarzenia? Masz zdjęcia, nakręciłeś film bądź napisałeś ciekawy artykuł i chcesz go opublikować? Bądź pierwszy i napisz do nas!

 

Kontakt z redakcją:

E-mail: redakcja@ebesko.pl

Tel. 502 920 384
Tel. 782 795 602
 

Zdjęcia

Internetowa galeria zdjęć Gminy Besko

Zapraszamy do wysyłania zdjęć na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

reklama

4 items tagged "wywiad"

Wyników 1 - 4 z 4

Dobry duch - Absolwentka PWSZ Sanok opowiada o życiu i planach na przyszłość

Category: Szkoły wyższe
Utworzone: wtorek, 12, styczeń 2016 11:39

Są ludzie, którzy tylko marzą, i są ludzie, którzy spełniają swoje marzenia. Angela Gaber właśnie wydała swoją drugą płytę. Potrafiła poruszyć, wzruszyć i oczarować wielu ludzi, którzy dzięki portalowi Polak Potrafi „podpisali się” pod jej pracą i wyrazili chęć słuchania artystów. Nietuzinkowa, wspaniała osoba jest ciągle w drodze i wciąż coś tworzy. Nie wszy­scy wiedzą, że Angela Gaber studiowała na naszej uczelni. To tutaj pod okiem profesorów stawiała swe pierwsze kroki na muzycznej pięciolinii.

Angela1

 

Edyta Wilk: Skończyłaś studia blisko dziesięć lat temu. Jak wspominasz sa­nocką uczelnię?

Angela Gaber: Studia skończyłam w 2004 lub 2005 roku. Studiowałam na PWSZ Sa­nok dwa kierunki – kulturę krajów karpa­ckich i edukację muzyczną. To był wspa­niały, intensywny i szalony czas. Jednak miałam wtedy kompleks, że to nie Kraków, nie duży uniwersytet… Dopiero kiedy po­jechałam do Krakowa kontynuować studia, zrozumiałam, że moje myślenie było błęd­ne. Fakt, zrealizowałam swój plan, ale… do­ceniłam też kameralność sanockiej uczelni. Wspominałam bliski kontakt z profesorami i indywidualne podejście do studentów. To, że zajęcia były prowadzone nie tylko na uczelni, odbywały się również np. w Skan­senie, w cerkwiach, było organizowanych mnóstwo wycieczek. W Krakowie to był moloch, wszyscy anonimowi. Profesorowie nie byli tak przystępni. Kraków unaocznił mi też, jak gruntowną wiedzę zdobyłam właśnie w Sanoku. Warto było studiować w Sanoku, to niezapomniane i piękne lata. Studenci tutaj to była jedna wielka rodzina. Wszyscy sobie pomagali i byli ze sobą nie­samowicie zżyci. Dużo dawały nam wspól­ne wyjazdy. Wycieczki, podróże to ważna część edukacji. Rozwija nasze myślenie o świecie i integruje ze współuczestnika­mi. Zbliża ludzi. Studentów i profesorów.

Pamiętasz, jakie miałaś marzenia jako studentka? Czy zmieniły się od tamtego czasu? Ewoluowały?

Marzenia to najtrudniejszy temat! Ja często chodzę z głową w chmurach, ale zawsze trochę bałam się marzeń. Myślałam, że za dużo chcę, za dużo pragnę. Byłam ostroż­na w pragnieniach, a to nie powinno tak być. Podświadomie i później świadomie zawsze chciałam być na scenie i podróżo­wać. Chciałam być kierownikiem swojego losu. Nie zapowiadało się, że tak będzie, a teraz… Musiałam zaryzykować, powal­czyć o to i udało się. Podróżuję, śpiewam, robię to, co kocham. Jestem panią swojego losu. I ciągle tworzę. Jestem ciągle wyżej, niż byłam przed chwilą. A o to przecież w życiu chodzi, by się rozwijać, iść, nawet małymi kroczkami, ale zawsze do przodu. Nie cofać się!

Co poradzisz studentom, artystom, któ­rzy marzą właśnie o takiej twórczej pra­cy? Chcą tworzyć, śpiewać, grać czy po prostu rozwijać się artystycznie?

Hmm… Niech ryzykują! Nie boją się! Wia­domo, nie każdy odnajdzie się w takim try­bie życia. Taki mamy system, że potrzebni są również urzędnicy, księgowi i inni. Jeśli tylko ktoś ma jakiś polot, czuje, że chce, to niech walczy o siebie. Nie boi się być sobą.

Angela2

Nie boi się i pokazuje swoje możliwości. Reklamuje się?

Tak. Trzeba mówić o sobie. Należy się re­klamować. Trzeba mieć w sobie pokorę, ale i chwytać okazje. Jeśli robimy coś dobrze, to chwalmy się tym! Jeśli będziesz siedzieć w piwnicy, to nawet będąc najlepszym ma­larzem czy muzykiem, nic nie osiągniesz. Trzeba wyjść z piwnicy i dać się poznać. Robić szum wokół siebie. Pokazywać ko­lory, które są w naszym życiu, wspaniałych ludzi, miejsca. Czasem pukać do zamknię­tych drzwi, pukać aż się otworzą. Jeśli masz w sobie twórczy zalążek, trzeba działać. Wiadomo, na początku bywa trudno, cza­sem trzeba równocześnie zbierać truskaw­ki i malować, zbierać ogórki i pisać, trzeba sprzątać hotel i śpiewać. Ja tak robiłam na początku.

Opowiedz o tym okresie. Zbierałaś tru­skawki?

Nie truskawki, ale pamiętam taki jeden mo­ment w życiu… Pracowałam kiedyś w cza­sie wakacji w luksusowym hotelu w Anglii. Wszystko tam było błyszczące, ze szkła i chromu. To była ciężka praca. W ciągu paru godzin musiałam posprzątać kilka­naście pokoi. Na początku wydawało mi się, że nie dam rady, ale rękawy zakasane, pot spływa po plecach i idziesz do przodu. Kobiety, które kontrolowały czystość, kład­ły się na podłodze, by sprawdzić, czy nie ma jakiejś plamki. Ale do czego zmierzam. Kojarzysz teledysk Ani Dąbrowskiej „Tego chciałam”? Ona właśnie w tym teledysku pcha taki wielki wózek w hotelu. I ja, jak ta Ania w teledysku, pcham kiedyś wózek i nucę sobie piosenkę, cichutko pod nosem. Mija mnie inna pracownica, Murzynka, któ­ra na cały głos śpiewa soulową piosenkę. Wspaniały głos, piękna melodia. Zero skrę­powania. Śpiewała całą sobą. Pomyślałam sobie, że nie chce tak skończyć. Nie znałam jej historii, ale postanowiłam sobie, że nie będę śpiewać tylko do ręczników w szafie.

Być może ona tak jak ty pracowała, by móc śpiewać? Może w ciągu dnia w ho­telu, a wieczorem śpiewała gdzieś dla ludzi?

Właśnie! Nie znałam jej historii, ale wiesz, zobaczyłam jakby siebie idącą w przeciw­nym kierunku. Osoba w tym samym miej­scu, z podobnym talentem, wspaniałym głosem, potencjałem muzycznym. Pomy­ślałam sobie, że to nie może być tak, że przez całe życie będziesz zbierać truskawki albo składać ręczniki.

Udało ci się. Wydałaś już dwie płyty, wkrótce czas na następną. Trzecia po­wstanie w tym samym składzie?

Nie. W sumie nie wiem jeszcze. Nie planuje takich rzeczy. Właśnie to lubię w tej pra­cy, że nigdy nie wiadomo, kogo się spotka i kiedy stworzy coś nowego, fantastycznego i wspaniałego. Tak samo z koncertami, któ­re kocham. Raz jest duet, raz trio, a raz sześć osób. Za każdym razem wychodzi coś no­wego i kolorowego. Przy okazji zapraszam wszystkich na nasze koncerty! Studentów i profesorów. Miło mi, że ktoś jeszcze pa­mięta, że studiowałam w PWSZ w Sanoku.

Trudno zapomnieć tak charyzmatyczną i kolorową osobę. Kulturalnie przynale­żysz do Sanoka.

A z tym to jest różnie. Media boją się pisać o mnie „nasza”. Pochodzę z Ustrzyk Dol­nych, a generalnie tworzę, mieszkam w Sa­noku. Jestem człowiekiem z ziemi niczyjej. Nie mam takich jednoznacznych korzeni.

Może inaczej: masz szerokie, rozłoży­ste korzenie? Rozprzestrzeniają się od Ustrzyk po Sanok. To było słychać na pierwszej płycie; to była interpretacja pieśni tradycyjnych. Druga jest już zu­pełnie inna. Słyszę tam ciebie i twoje rozterki. Trzecia dalej w takim klima­cie?

Nie! Mam coraz większą ochotę zrobić coś nowego. Jestem kojarzona lirycznie i smut­no. Mam ochotę przełamać ten schemat i zaskoczyć słuchaczy nową zabawą sło­wem i muzyką.

W takim razie czekamy na trzecią pły­tę. Życzymy dalszych sukcesów NASZA PWSZ-etowa Angelo :). A skoro nie ma zamkniętego składu zespołu, to czy ktoś, kto ma dobrą energię i głowę peł­ną pomysłów, chęć tworzenia, może tak po prostu do ciebie zapukać?

Tak! Jak najbardziej! Ja cały czas szukam. Lubię zmiany. Nowi członkowie zespołu nie tylko wnoszą świeżą energię, odkryw­cze pomysły, ale też motywują do cięższej pracy. Oczywiście, jeśli ktoś jest dobrym duchem i marzy o tworzeniu nowej muzyki – zapraszam!

rozmawiała:  Edyta Wilk

zdjęcia: Piotr Piegza

Artykuł ukazał się w numerze 3-4(27-28)/2015 Magazynu Studentów PWSZ w Sanoku „Ob.Sesja”, redagowanego przez studentów kierunku NOWE MEDIA, REKLAMA, KULTURA WSPÓŁCZESNA.

okladka

Chuck Norris reportażu…

Category: Szkoły wyższe
Utworzone: wtorek, 12, styczeń 2016 08:40

…czyli dziewięć pytań do Wojciecha Barczaka, które być może zmienią Wasze zawodowe plany. Albo przynajmniej zajmą was na chwilę.

Barczak1

Piotr Piegza: Chuck Norris reportażu, Dobromir pomysłów, Rydzyk skuteczności – tak o Panu mówią. Które z tych określeń lubi Pan najbardziej?

Wojciech Barczak: Rydzyk skuteczności, dlatego że Rydzyk to jest „fajny facet". Nigdy go nie lubiłem i nie polubię. To jest taka prowokacja. Myślę, że jest mnóstwo takich ludzi jak on. Ale jest też skuteczny. Taka przenośnia, aczkolwiek złośliwa, ma w sobie mnóstwo ziaren prawdy. Te ziarna się zlepiły i są takim głazem, który daje po głowie.

Ma Pan na koncie ponad dwieście reportaży telewizyjnych. Czy to się Panu nie znudziło? A może czuje Pan niedosyt?

Gdyby każdy reportaż był taki sam, to by się mi znudziło. Tyle że w reportażu opowiadamy o ludziach albo zjawiskach społecznych, dzięki czemu każdy jest inny. Nie ma dwóch takich samych reportaży. Jeżeli wyślemy do obsługi tego samego tematu albo zjawiska kilku reporterów, to każdy z nich zrobi reportaż inaczej. Ten sam temat, ci sami ludzie, to samo prawo, te same przepisy. Ale każdy z nich zrobi to inaczej. Inaczej ułoży dramaturgię, zada inne pytania, pod innym kątem naświetli zjawisko, do innych wniosków dojdzie. To jest to, co trzyma mnie przy reportażu. Dwa razy tego samego się nie opowie, dlatego to może się nie nudzić, nawet jak się ich zrobiło tysiące. Każda sprawa będzie inna, może być tylko pozornie podobna. Ze względu na odmienność charakterów, budowę wewnętrzną, odczuwanie, zdolność współczucia, zdolność interpretacji zjawisk zewnętrznych, umiejętność opisu własnego stanu – każdy reportaż będzie inny.

Właściwie skąd się to u Pan wzięło? Jakie są początki Pana dziennikarstwa? Skąd pomysł na to?

Poszedłem na studia, zamieszkałem na słynnym osiedlu studenckim w Łodzi, Lumumbowie. Było tam radio studenckie, którego się słuchało za pomocą połączenia kablowego w każdym pokoju. Pomyślałem sobie, że pójdę i spróbuję. Poszedłem, spróbowałem i do tej pory to trwa. Zmieniłem tylko środek przekazu, natomiast działalność jest ta sama. Było radio studenckie, później radio publiczne, teraz jest telewizja, ale idea i zainteresowanie zostały te same. Od początku były to opowieści o ludzkich zachowaniach, a nie czyste informacje. Informacja też jest sztuką, ale ja się źle w niej czułem. Zdecydowanie lepiej mi w formach rozszerzonych o warstwę psychologiczną, o próby dotarcia do jakichś emocji. Od początku to mnie interesowało, a ponieważ zaczęło mi się to udawać, tak już zostało.

Z magazynem „Ekspres Reporterów” trzykrotnie zdobył Pan Telekamerę, dwukrotnie był Pan laureatem Festiwalu Twórczości Telewizyjnej. Była też nominacja do Grand Press. Czy takie sukcesy dodają skrzydeł czy odwrotnie – powodują, że lata się ciężej, z obciążeniem?

To jest satysfakcja tylko w momencie, kiedy się o tym dowiadujesz. Dzwoni jakiś znajomy i mówi – nominowali cię. Fajnie, ale słowo honoru, to nie trwa długo. To kwiatek do kożucha tak prawdę mówiąc, medalem i nagrodą niczego nie załatwimy, sprawy społeczne toczą się dalej. Fajne, bo na moment można zapomnieć o takiej sobie codzienności i pomyśleć – o, ktoś docenił moją pracę. Jeszcze kilka dni podają rękę, gratulują. Potem wszyscy zapominają, po tygodniu nikt nie pamięta.

Szkoli Pan studentów w całej Polsce. Co daje większą radość, nauczanie nowego medialnego narybku czy realizacja nowego reportażu?

Emocje podobne, aczkolwiek na innych poziomach, dlatego ja lubię robić to i to. Pracując przy reportażu zawodowo, muszę wykazywać się profesjonalizmem. Nie mogę dać się złapać na niedoróbkach. Za niedoróbki później się płaci obecnością w sądzie. To nie jest prosta sprawa, a na pewno nie jest przyjemna. Reportaż wymaga postawienia mózgu na baczność, non stop, nie da się odpuścić. Trochę inny rodzaj napięcia jest przy pracy z młodzieżą, bo tutaj to ja patrzę, jak oni ten mózg coraz bardziej muszą postawić sobie na baczność. Tutaj to ja jestem obserwatorem. Oczywiście udzielam im wskazówek i przekazuję to, co w tym zawodzie najważniejsze. To jest całkiem inny poziom przeżywania. Oczywiście jestem dumny, jak mój student zostaje rzecznikiem prasowym Biura Bezpieczeństwa Narodowego, bo tak było, albo dostaje prasowe nagrody dziennikarskie. Telewizyjnych jeszcze moi studenci nie dostali, może przyjdzie czas na moich sanockich studentów.

Barczak2

Właściwie to jak można odpowiedzieć studentom na pytanie: co jest ważniejsze w realizacji reportażu, przygotowanie czy improwizacja?

Bez przygotowania nie można się zabierać za temat, ponieważ możemy obrazić rozmówcę, uczestników tego reportażu. Jeżeli mamy do czynienia z jakimś skomplikowanym zjawiskiem społecznym, zepsujemy wszystko, łącznie z tym, że upokorzymy ludzi. Zgadnijcie, jak się będą czuli, oglądając się potem na antenie telewizyjnej. Nie można robić półgłówków z ludzi myślących tylko dlatego, że się nie przygotowało do programu. To jest lekceważenie wszystkiego, łącznie ze swoim zawodem. Natomiast odrobina szaleństwa, to tak. Reportaż ma mnóstwo różnych odcieni i odnóg. Jest reportaż interwencyjny, reportaż psychologiczny, portret człowieka, obsługa wydarzenia bieżącego. Pytanie, czy warto czasami „polecieć” entuzjazmem? Tak, czasami tak. Jak obsługujemy wydarzenie i ma się poczucie bezpośredniości i luzu, to to pomaga. Ale mierzmy siły na zamiary, wiedzmy, co robimy. Jeżeli temat jest poważny, to poczytajmy troszkę o zjawisku, które mamy obsługiwać. Jeżeli jest z zakresu prawa, to poczytajmy prawo, jeżeli jest to z zakresu psychologii, to dowiedzmy się czegoś na temat funkcjonowania mózgu człowieka. Tu wariactwo się nie przydaje.

Wracając do młodych ludzi. Czy warto dzisiaj studiować dziennikarstwo, czy może lepiej zostać dentystą?

Dobrze, powiem o tym, chociaż niechętnie. Swoim studentom w Łodzi już na pierwszych zajęciach mówię – współczuję wam, że wybraliście studiowanie dziennikarstwa, bo w tym samym czasie wasi rówieśnicy zajmują już miejsca w redakcjach. Jak wy skończycie studia, to wszystkie miejsca będą już zajęte, bo w dziennikarstwie nie liczy się papier. Nie można nauczyć kogoś dziennikarstwa przy tablicy, podobnie jak szewca robienia butów z książki. To jest zawód typowo praktyczny. Jeżeli się tego nie trenuje od razu, czasem równocześnie ze studiowaniem, to najmądrzejszy wykładowca może wam tylko zrobić kawę i z wami porozmawiać. To nie jest zawód tablicowy, to nie jest zawód szkolny. Teraz wszystkim redakcjom zależy na młodych ludziach, bo oni są żądni działania, mobilni i wszędobylscy. I na takich redakcje właśnie polują, a wy ten czas być może właśnie tracicie – mówię do studentów. Dziennikarz to jest zawód czynu.

Był Pan autorem pierwszego reportażu o grupie Big Cyc, można powiedzieć, że „objawił ich Pan światu”. Czy na co dzień słucha Pan właśnie takiej wersji rocka czy zupełnie innej muzyki?

Szalonej tak, bardzo chętnie, najlepiej muzyki z tekstem. Muzyka Big Cyc wbrew pozorom ma ważny tekst, bo Skiba, mimo że jest wariatem, to teksty pisze dosyć kształcące. Trzeba umieć się w nie wczytać. W sumie chyba wszystkie kabaretowe zespoły to są moi kumple. Oczywiście nie ucieknę od muzyki lat 60., 70. i 80., czyli klasycznego rocka. Led Zepellin, Deep Purple, później Nirvana. To jest moja młodość. Raczkujący polski rock'n'roll. Czerwono-Czarni, Czerwone Gitary, Kasia Sobczyk, bez tego nie byłoby dalszego ciągu. Później Republika, na której występy jeździłem wszędzie, gdzie grali. Żeby zostać na drugi koncert w tej samej sali, chowałem się pod krzesłami.

Wyobraźmy sobie na koniec, że to audycja radiowa i chcemy zadedykować coś naszym studentom. Jaki kawałek puściłby Pan na koniec?

Naszym studentom… „Białą flagę” Republiki. Ci z was, którzy zostaną dziennikarzami, czasami będą musieli pokazać swoją niezależność, co nie każdemu będzie na rękę. I wtedy zobaczycie, że stracicie kilku znajomych…

rozmawiał: Piotr Piegza

zdjęcia: Estera Matusiak

Artykuł ukazał się w numerze 3-4(27-28)/2015 Magazynu Studentów PWSZ w Sanoku „Ob.Sesja”, redagowanego przez studentów kierunku NOWE MEDIA, REKLAMA, KULTURA WSPÓŁCZESNA.

Zaplatając życie z wikliny - rozmowa z wikliniarzem-plecionkarzem Bernardem Borzęckim

Category: Gmina
Utworzone: poniedziałek, 21, wrzesień 2015 06:47

Jeśli ktoś wybierze się do Nowego Tomyśla na kolejny Międzynarodowy Festiwal Wikliny i Plecionkarstwa, będzie miał przyjemność ujrzenia cudownych wyrobów plecionkarskich z całego świata. Możliwe, że spotka również jednego z mieszkańców gminy Besko, Bernarda Borzęckiego, który uczestniczył w każdej edycji festiwalu. Pan Bernard jest utalentowanym artystą wikliniarzem oraz instruktorem rękodzieła artystycznego. W swoim dorobku artystycznym może pochwalić się tytułem mistrza w zawodzie koszykarza plecionkarza, który uzyskał w 2006 roku. Obecnie współpracuje z Gminnym Ośrodkiem Kultury w Besku, gdzie prowadzi cotygodniowe warsztaty wikliniarskie, ceramiczne i malowanie ikon. Przez cały czas rozwija również swoją wiedzę i umiejętności. Studiuje sztuki wizualne na wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz uczy się w Policealnym Zawodowym Studium Plastycznym w Tarnowie na eksternistycznym kierunku renowacja mebli i wyrobów snycerskich. Pan Bernard przez cały czas realizuje też swoje autorskie projekty, inspirując się tradycyjnym, polskim plecionkarstwem. Współpracuje z głównymi centrami tego rzemiosła - Rudnikiem nad Sanem oraz Nowym Tomyślem. Utrzymuje kontakty z zagranicznymi artystami, a także dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniami zarówno z młodymi, jak i starszymi adeptami rękodzieła artystycznego, którzy uczęszczają na warsztaty. Zapraszamy do lektury wywiadu z panem Bernardem.

 

ebesko.pl: Skąd zrodziła się pana pasja dotycząca plecionkarstwa i wikliniarstwa?

Bernard Borzęcki: Po raz pierwszy z plecionkarstwem oraz wikliniarstwem zetknąłem się w dzieciństwie. W końcu każdy z nas ma w domu jakieś kosze, makaty, tkaniny. Jako dziecko próbowałem w sposób bardziej intuicyjny niż fachowy zabaw z nitką i igłą, czy robienia węzłów. Mój pierwszy prawdziwy wyrób to była makrama zrobiona na zajęciach techniki w szkole podstawowej.

bernard

ebesko.pl: Gdzie nauczył się pan plecionkarstwa?

B.B.: Prawdziwa przygoda z plecionkarstwem rozpoczęła się szesnaście lat temu w Małopolskim Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie, gdzie zapoznałem się z takimi rzemiosłami jak tkanina artystyczna, makrama, koronka czy wikliniarstwo. Pod wpływem mojego mentora Zdzisława Kwaska, który posiadał niesamowitą wiedzę i dar pedagogiczny, związałem swoją drogę artystyczną z wikliniarstwem oraz plecionkarstwem. Wiadomo, że na początku nie wszystko się udaje. Mój pierwszy koszyk nie wyglądał fantastycznie. Jednak moje ambicje zwyciężyły i poświęciłem każdą wolną chwilę na to, aby się uczyć i stawać coraz lepszym w swojej profesji.

ebesko.pl: Co można zrobić z wikliny i jakimi materiałami się pan posługuje?

B.B.: Najważniejszym narzędziem w plecionkarstwie są ręce rzemieślnika. Ze względu na to, że niestety nie posiadam maszyn do przetwarzania materiałów, zazwyczaj po prostu kupuję gotowe surowce, które możemy podzielić na naturalne i sztuczne lub rodzime i sprowadzane. Surowce naturalne to m.in.: wierzba plecionkarska, kije wiklinowe, rafia, trawa morska, kora, korzeń sosny i wiele innych. Z kolei materiały sztuczne, z których korzystam okazjonalnie, to stalowe druty, linki, opaski zaciskowe.

Zazwyczaj wykonuję designerskie kosze, np. z okazji dożynek - bardzo wzorzyste, kosze na korzeniach, każda sztuka jest osobna, rzadko kiedy robię komplety. Robię cykle, ale teraz tymczasowo poświęciłem cały swój czas na studiowanie. Obecnie zajmuję się tylko płatnymi zleceniami. Dla samego siebie nie mam czasu. Zleceń jest dużo w okresie wiosennym. Głównie od stałych klientów, którzy życzą sobie paterę lub kosz.

ebesko.pl: Jakie techniki występują w plecionkarstwie?

B.B.: Przykładowe techniki to: splot płócienny najprostszy (krzyżowy), sploty wiążące (mocujące), wężykowe - tworzące takie jak skośne czy kostkowy.

bernard2

ebesko.pl: Jak wygląda pana proces twórczy?

B.B.: W trakcie wyplatania mam ogólną koncepcję, no i na bieżąco analizuję wartości formalne pracy. Sprawdzam czy to kolorystycznie gra, czy proporcje są dobre, zastanawiam się jakich użyć materiałów. Konkursowe projekty zaczynają się od idei, np. „wiklina jako medium sztuki współczesnej”. Wychodzi się więc od tematu.

Warsztat rozwinąłem bardzo dobrze. Pragnę zaznaczyć, że nie robię wyrobów sztampowych, takich jakie są w sklepach. Zajmuję się twórczym wzornictwem, poszukiwaniem własnych pomysłów i realizacji artystycznych. Jest to rzetelna warsztatowa praca.

Jeśli chodzi o moje wykonania, to wygląda to tak, że zależy wszystko od tego, czy chodzi o zlecenie, czy o plener, czy na przykład o konkurs, czy temat i forma są narzucone, czy nie.

ebesko.pl: Ile trwa tworzenie wyrobu z wikliny?

B.B.: Stworzenie dzieła z wikliny jest czasochłonne. Zależy od dobrze rozwiniętego warsztatu i od tego, co chce się zrobić, jakimi technikami, jakimi posłużyć się pomocami. Konkursy ogólnopolskie przewidują 6-8 godzin na stworzenie danego wyrobu. Na festiwalu światowym limit wynosi 16 godzin. To naprawdę jest niewiele. Własne realizacje robię kilka dni lub nawet kilka tygodni, przy dużych instalacjach. Rosnące rzeźby ogrodowe to często wieloletnia praca.

bernard3

ebesko.pl: Co sprawiło, że uczestniczył pan w III Światowym Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa w Nowym Tomyślu?

B.B.: Do Nowego Tomyśla przez dziesięć lat jeździłem na plenery. Współpracowałem tam z wieloma artystami. Od wielu lat współpracuję z poznańskim artystą Jędrzejem Stępakiem. Wspólnie tworzymy.

Wszystko zaczęło się z powodu plenerów, z których zrezygnowałem na rzecz rodziny. Wtedy zacząłem jeździć na konkursy ogólnopolskie. Gdy pojawił się cykliczny międzynarodowy festiwal wikliny, również postanowiłem spróbować swoich sił w tych zmaganiach.

ebesko.pl: Nie po raz pierwszy uczestniczył pan w festiwalu. W jakich kategoriach pan startował do tej pory?

B.B.: Uczestniczyłem we wszystkich trzech dotychczasowych edycjach. Za pierwszym razem wziąłem udział w konkursie wyplatania koszy. Tak samo było na drugim festiwalu. Dopiero na tegorocznym, trzecim zdecydowałem się spróbować sił w konkurencji forma artystyczna. Konkurencja jest naprawdę duża i wygrana wcale nie jest łatwa do zdobycia. W tym roku konkurowało między sobą około dwustu uczestników z całego świata.

 

ebesko.pl: Jak wygląda taki festiwal?

B.B.: Dla mnie jest to nieoceniona kopalnia wiedzy. W czasie trwania festiwalu mogę nauczyć się wielu nowych rzeczy. Znajdują się tam stoiska handlowe, kiermaszowe, gdzie można kupić cokolwiek. Jest też blok wystawienniczy. W tym roku przyjechali do Nowego Tomyśla reprezentanci około sześćdziesięciu krajów. Niektóre prace zostały przysłane do osobnej kategorii konkursowej prac nadesłanych. Na festiwalu można było zobaczyć wyroby m.in.: z Japonii, Tajwanu, Australii, Chin, Ameryki, Chile, Algierii, Sierra Leone, Senegalu, Czech, Węgier, Francji, czy Niemiec.

stoisko4

ebesko.pl: Jakie są pana inne zainteresowania oprócz wikliniarstwa i plecionkarstwa?

B.B.: W miarę możliwości staram się poznawać inne dziedziny sztuki, tj. rzeźbę, malarstwo tablicowe, ceramikę, modelowanie w glinie i inne. Oczywiście te rzemiosła są bardzo pasjonujące, ale staram się skupiać przede wszystkim na plecionkarstwie i wikliniarstwie. Jednakże muszę zaznaczyć, że poznawanie innych rzemiosł poszerza horyzonty, rozwija wyobraźnię i myślenie przestrzenne.

ebesko.pl: Pana niezrealizowane marzenia to...

B.B.: Moje marzenia cały czas się realizują. Są to w większej mierze założenia. Głównym moim marzeniem i zarazem założeniem, które chcę realizować, jest szczęśliwe życie rodzinne i mój rozwój artystyczny.

ebesko.pl: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów w swojej pracy artystycznej.

 

Rozmawiała: Anna Twardy

Foto: archiwum Bernarda Borzęckiego

bernard1

 

stoisko2

 

stoisko3

Ob.Sesja: Sam na sam z Piotrem Michalskim

Category: Szkoły wyższe
Utworzone: środa, 15, kwiecień 2015 12:41

Piotr Michalski – niespełna 21-letni sportowiec z Sanoka. Związany z łyżwiarstwem od najmłodszych lat. Wielokrotny Mistrz Polski Juniorów, medalista Pucharu Świata Juniorów, aktualny Wicemistrz Polski na dystansie 500 m, aktualny Akademicki Wicemistrz Świata na dystansie 1000 m. To tylko niektóre z jego osiągnięć, które można by długo wymieniać, a to dopiero początek jego seniorskiej kariery. Prywatnie roześmiany, pozytywnie nastawiony do życia, zakochany w motocyklach chłopak.

Sam na sam z Piotrm Michalskim

Jak to się stało, że związałeś się z łyżwiarstwem szybkim?

Piotrek: W szkole podstawowej mój nauczyciel wychowania fizycznego zaprosił mnie na treningi i jak się niewiele później okazało, został moim trenerem, bo spodobało mi się łyżwiarstwo, więc nie chciałem z tego rezygnować.

W którym momencie zorientowałeś się, że chcesz to robić „na poważnie”?

Nie było takiego momentu, w którym postanowiłem, że na pewno będę łyżwiarzem. Z czasem miałem coraz lepsze wyniki zdobywałem medale i dodatkowo musiałem konkurować z kolegami z klubu, więc to wszystko spowodowało, że chciałem cały czas być w łyżwiarstwie.

Czy nie ma chwil, w których chcesz to wszystko rzucić?

Jak chyba każdy sportowiec miałem chwilę zwątpienia, ale mijały, gdy pokonywałem kolejny rekord życiowy lub po prostu dobrze mi szło. Im później, tym więcej miałem do stracenia. A teraz, gdy jestem w kadrze, sytuacja się odwróciła. Często rezygnuję z rzeczy pozasportowych na rzecz łyżwiarstwa (m.in. musiałem zrezygnować ze studiów), co bywa frustrujące, ale na tym etapie nie dam rady już wszystkiego pogodzić.

Jak wygląda dzień sportowca? 

W ciągu dnia najczęściej są dwa treningi, a jakie to treningi, to zależy od pory roku. Jeżeli mamy możliwość jazdy na lodzie, to z tego korzystamy jak najwięcej, a oprócz lodu w lecie prawie codziennie jest jazda na rowerze na zmianę z treningami siłowymi i techniką. W zimie nie ma już takiego obciążenia, więc po porannym treningu na lodzie drugim treningiem jest trening aerobowy, pomagający się zregenerować. Pomiędzy treningami musimy zjeść i często też odbywamy krótką drzemkę, szczególnie w okresie przygotowawczym, kiedy organizm jest bardzo mocno zmęczony. Chwilę czasu dla siebie mamy po kolacji, ale przeważnie ten czas spędza się w pokoju albo na krótkich wyjściach czy na wspólnym relaksie, np. grze w darta.

Od tego sezonu trenujesz z kadrą narodową, w której znajdują się świetni łyżwiarze, m.in. Mistrz Olimpijski Zbigniew Bródka czy medaliści z drużyny Jan Szymański i Konrad Niedźwiedzki. Czy to Cię motywuje do dalszej pracy?

Na pewno motywowało na początku mojej pracy w kadrze narodowej. Było to niedługo po wspaniałych igrzyskach w Sochi i moją główną motywacją było pokazanie się z jak najlepszej strony i nieodstawanie od reszty grupy na treningach. Początki były bardzo ciężkie, ale wiedziałem, że muszę zacisnąć zęby i trenować, aż w końcu będę wszytko wytrzymywał. I tak się w końcu stało. Szybko robiłem postępy, czułem się silniejszy i to przełożyło się później na wyniki sportowe. Teraz już nie czuję się kimś gorszym od reszty i mogę trenować – no, prawie – jak równy z równym z chłopakami z kadry. 

Trenowałeś ostatnio w akademii łyżwiarskiej w Inzell pod okiem Jeremiego Wotherspoona, który jest legendą łyżwiarstwa. Jak było? Jaki on jest?

Trening w Akademii Łyżwiarskiej w Inzell pod okiem Jeremiego to była niepowtarzalna okazja. Mimo że wstępnie mieliśmy tam być z Arturem Nogalem tylko tydzień, to współpraca przedłużyła się na okres naszego pobytu razem Arturem Wasiem i właśnie z Jeremym, z którym mogliśmy we czwórkę trenować kolejny tydzień. Z Berlina pojechaliśmy na dwutygodniowy pobyt w Holandii, gdzie najpierw startowaliśmy w Pucharze Świata w Sprincie, a później w Mistrzostwach Świata na dystansach. Był to najlepszy okres w mojej sportowej karierze. Bardzo dużo się nauczyłem, a Jeremy okazał się bardzo ciepłym i sympatycznym facetem. Na każdym treningu panowała luźna atmosfera, a zarazem było bardzo profesjonalnie. 

Co robisz w czasie wolnym, kiedy chcesz odpocząć?

W wolnym czasie lubię „grzebać” w motoryzacji. Często spędzam długie godziny w garażu przy moim motocyklu albo przy samochodzie. Pozwala mi to zapomnieć o sporcie na jakiś czas i daje dużo radości, nawet jak czegoś nie mogę odkręcić i muszę się trochę podenerwować. Lubię też wsiąść na motocykl i pojechać przed siebie bez konkretnego celu. Jazda po bieszczadzkich drogach daje dużo radości i pozwala odpocząć. 

Kim chciałbyś być, gdybyś nie był łyżwiarzem?

Chciałbym móc spróbować swoich sił w motosporcie. Nie mam jednej ulubionej dziedziny motosportu. Najbardziej lubię wyścigi motocyklowe, drift oraz rajdy i wyścigi samochodowe. Możliwość profesjonalnej nauki któregoś z powyższych byłaby spełnieniem mojego małego marzenia. 

Jakie jest twoje największe zawodowe i prywatne marzenie?

Sportowo – zdobycie medalu olimpijskiego i ustanowienie rekordu świata, prywatnie – tajemnica! (śmiech).

Twój największy idol sportowy to…? 

Nie mam jednego idola, ale bardzo imponuje mi to, co zrobił i jaki jest Jeremy Wotherspoon, z którym miałem przyjemność pracować. Poza łyżwiarstwem wzorami dla mnie są Robert Kubica, Marcin Gortat, Krzysztof Hołowczyc. Bardzo lubię oglądać ich w akcji i podoba mi się to, co np. Marcin Gortat robi poza sportem.

Ostatnie pytanie: sportowy cel na najbliższe lata?

Zakwalifikowanie się na Igrzyska Olimpijskie w koreańskim PyeongChang w 2018 roku.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę i trzymam kciuki za Twój występ na najbliższych Mistrzostwach Świata w sprincie w Astanie. Powodzenia!

Dziękuję!

Maja Kustra

studentka kierunku PEDAGOGIKA

Tekst pochodzi z numeru 1(25)/2015 Magazynu Studenckiego „Ob.Sesja” wydawanego w PWSZ Sanok. Magazyn w wersji elektronicznej:

http://www.pwsz-sanok.edu.pl/zycie-studenckie/obsesja/

Pogoda Besko z serwisu

Promowane firmy

 

Najbliższe wydarzenia

Brak wydarzeń

O Gminie Besko

beskoGmina Besko –  leży w południowo-wschodniej Polsce, na pograniczu Beskidu Niskiego i Dołów Jasielsko-Sanockich, pomiędzy Krosnem a Sanokiem, na wysokości.... więcej

punktMapa Beska
punktMiejscowości
punktUrząd Gminy
punktHistoria Gminy
punktPolicja
punktUrząd pocztowy
punktOśrodki Zdrowia

punktSzkoły
punktPrzedszkola
punktKościoły
punkt Stowarzyszenia
punktOSP w gminie
punktGaleria
punktNoclegi

Informator

ikonka_5Zbiór przydatnych informacji, które pomogą w życiu codziennym.

Przydatne informacje:

punktUrzędy                   
punktBanki
punktBankomaty
punktTaxi
punktW kinie
punktDyskoteki
punktApteki
punktRozkład jazdy

punktRestauracje
punktSklepy spożywcze
punktPizza na telefon
punkt Jedzenie na telefon
punktKwiaciarnie
punktNoclegi
punktFirmy
punktOgłoszenia

Miejscowości

beskoMiejscowości Gminy Besko i przydatne informacje:

punktBesko      


punktMymoń

Komunikacja

ikonka_7Gmina Besko –  leży w południowo-wschodniej Polsce, na pograniczu Beskidu Niskiego i Dołów Jasielsko-Sanockich, pomiędzy Krosnem a Sanokiem, na wysokości.... więcej

punktBesko

punktPrywatni

Ciekawe miejsca

ikonka_6Gmina Besko –  leży w południowo-wschodniej Polsce, na pograniczu Beskidu Niskiego i Dołów Jasielsko-Sanockich, pomiędzy Krosnem a Sanokiem, na wysokości.... więcej

punktCiekawe miejsca
punktWarto zobaczyć

punktZabytki Gminy Besko
punktKapliczki

Ostatnie komentarze